Fundacja Kultury Bez Barier - Marzenia można realizować zawsze, do końca

Szybkie linki

Kultura bez barier


Wyszukaj

Wyszukiwarka

Ustawienia

Czcionka:

Facebook

Sonda

Czy Twoim zdaniem kultura w Polsce jest dostępna?

Wybierz odpowiedź
63%
34%
2%

Jesteś tutaj:Strona główna / Marzenia można realizować zawsze, do końca

Marzenia można realizować zawsze, do końca

Z Katarzyną Łaniewską, znakomitą aktorką teatralną i filmową, grającą m.in. w „Kogiel mogiel” i w „Plebanii” rozmawia Robert Więckowski. Rozmowa miała miejsce w czasie spotkania z cyklu „Zakochaj się w kulturze”; spotkania, które odbyło się w Dniu Babci - 21 stycznia 2013 roku.



Robert Więckowski: Dla wielu osób jest Pani najbardziej znaną babcią w Polsce. Czy jest Pani wszystkowiedzącą babcią?

 

Katarzyna Łaniewska: - Kiedyś babcie wiedziały wszystko, ale teraz to się zmieniło. Weszło wiele nowych rozwiązań, technika poszła tak daleko, że wielu rzeczy uczymy się od wnuków. Kiedyś uczyłam się obsługi telefonu komórkowego, teraz uczę się, jak poruszać się w Internecie.

 

R.W.: - Jest Pani dobrą uczennicą?

 K.Ł.: - Zawsze łatwo przychodziło mi nauczyć się czegoś, co lubiłam, co czułam. Wielokrotnie musiałam szybko sobie coś przyswoić i było to możliwe. Miałam też taką tendencję, że zapominałam to, czego nie lubiłam. Teraz uczę się, zdobywam wiedzę „nowoczesną” i zobaczymy, jak to będzie. Myślę, że dobrze , bo pamięć mi została rozum też, więc powinien być sukces. (śmiech).

 

R.W.: - A ta babcina wszechwiedza?

 K.Ł.: - Wiem, jak każda babcia, dużo, ale jak dużo - to może ocenią wnukowie. Mam ich wielu, bo i babcią byłam wielokrotnie. Prywatnie już od lat jestem babcią dwóch wnuków, z którymi jestem w stałym kontakcie. To moje pierwsze doświadczenia. Drugie związane były z programem Ziarno. I wreszcie babcia Józia z „Plebanii”. Chyba z tego wcielenia jestem najbardziej rozpoznawalna. Ten etap się już jednak zakończył.

 

R.W.: - Dlaczego, znudziło się Pani?

K.Ł.:- Byłam babcią Józią przez 11 lat. Ta rola dała mi między innymi możliwość godnego starzenia się – oprócz emerytury pobierałam też honorarium autorskie. Kiedyś jednak powiedziano, że tak starych gospoś, jak ja, już nie ma , że jestem rustykalna, że wszystko ma być teraz młode, piękne i kolorowe. Odpowiedziałam, że ani młoda ani piękna nie mogę już być i co najwyżej mogę się ufarbować na czerwono.  I praca się skończyła, bo rzeczywiście wolą, żeby wszystko tryskało młodością i kolorem.

 

R.W.: - Kto woli, wszyscy tego oczekują?

K.Ł.: - Myślę, że nie wszyscy. Mądra młodzież, dobrze wychowana młodzież, młodzież czerpiąca z wiedzy, z nauki babci, wie, że taka opowieść nie jest jedyną, że istnieje jeszcze inna prawda.

 

R.W.: - To co Pani mówi swoim wnukom?

K.Ł.: - Tym prywatnym przede wszystkim to, że chciałabym być prababcią (śmiech). Tym mniej prywatnym zawsze, gdy spotykałam się z nimi np. w programie „Ziarno”, opowiadałam o tym, co sama przeżyłam, czego doświadczyłam, bo wiedziałam, że to jest prawdziwe. Mówiłam o wojnie, o Powstaniu Warszawskim, o okupacji, starałam się prowadzić do różnych miejsc, np. do kościoła Stanisława Kostki, gdzie miałam zaszczyt stawać z księdzem Jerzym Popiełuszką przy ołtarzu w trakcie odprawianych przez niego mszy za ojczyznę. Mówiłam, że kiedyś żelazko miało duszę, bo rzeczywiście miało. Dzieci się dziwiły, niedowierzały, ale słuchały tej babci. Mówiłam też o tym, że język polski ma swoją melodię, swoje słownictwo. Teraz tak często o tym zapominamy.

 

R.W.: - Nie podoba się Pani, jak mówi młodzież? Może to tylko kwestia różnicy pokoleń?

K.Ł.: - Nie, to nie chodzi tylko o to, ile kto ma lat, ale jaki ma się stosunek do języka. Można powiedzieć „zachwycające, wspaniałe, rewelacyjne”,, a często mówi się „super”. Po co nam takie zapożyczenie? Albo to, jak mówimy. Często nie sposób zrozumieć, co dana osoba mówi, bo słychać tylko jakieś pomruki. I nie myślę tylko o, nazwijmy to tak, zwykłych ludziach, ale i o aktorach, o młodszych kolegach i koleżankach. Mówią tak, że nie sposób ich zrozumieć. Nie akceptuję takiego zachowania.

 

R.W.: - Wróćmy do samych babć. Jaka jest ich przyszłość?

K.Ł.: - - Myślę, że instytucja babci się nie zestarzeje, nie przestanie być potrzebna, nawet mimo rozwoju techniki. Babcia to jednak babcia – człowiek jest już dojrzalszy, więcej guzów sobie nabił, więcej świata zobaczył i tą wiedzą i tą swą, tak różną od matczynej, miłością może obdarzać wnuki.

 

R.W.: - A jak to jest być babcią-aktorką i, nie ma co kryć, otwarcie przyznać się do pewnego wieku?

K.Ł.: - Nigdy nie ukrywałam swego wieku. Teraz zresztą, gdy tylko czyjeś nazwisko pojawia się w prasie, to natychmiast przy nazwisku umieszczana jest informacja, ile ta osoba ma lat i już wszystko wiadomo. Kiedyś jednak tego nie było, kiedyś kobieta mogła to ukrywać. Przez kilka lat zajmowałam się Domem Aktora Weterana w Skolimowie. Tam od czasu do czasu wypełniane były ankiety i jedna znana tancerka podawała cztery różne daty urodzenia. Gdy pewnego razu zapytałam ją, która jest właściwa, bo w dowodzie jest inna, w deklaracji jest inna, ona odpowiedziała „to niech Pani sobie jakąś wybierze” (śmiech) Tak, jak w życiu są stare osoby, tak są i w filmie, w teatrze. Mimo wieku,  chcą zwykle pokazać, że jeszcze potrafią, że są interesujący i mają pasje. Marzenia realizować można zawsze, do końca. Staram się tak postępować i często sobie tylko powtarzam – uważaj, nie staraj się być na siłę młodsza, nie bądź śmieszna. 

 

R.W.: - Kiedy pomyślała Pani pierwszy raz o tym, żeby zostać aktorką?

K.Ł.: - Było trochę nietypowo. Gdy byłam młoda bardzo interesowałam się sportem, pływałam, grałam w siatkówkę, w ping-ponga, jeździłam zawodowo na nartach. Byłam aktywna i chyba z uwagi na tę aktywność, pod koniec liceum koledzy namówili mnie, by iść do jednego z amatorskich teatrów, by szukać tam pracy. Poszliśmy… i zostałam inspicjentką. Któregoś razu jedna z koleżanek wyjechała w góry i sztuka została bez głównej roli damskiej. Namówiono mnie, by zagrać, repertuar był taki, jaki mógł być – ciężki, radziecki, socrealistyczny, młoda gwardia. W każdym razie zgodziłam się, wyszłam na scenę, a potem znowu namówiono mnie, tym razem by składać dokumenty do szkoły teatralnej. Zrobiłam to, dostałam się i tak zostałam aktorką.

 

R.W.: - - Miała Pani szczęście – grała Pani pod opieką lub ze sławami polskiego teatru.

K.Ł.: -- Rzeczywiście tak było. Zaczęło się już w szkole teatralnej, której rektorem był Jan Kreczmar. A potem stawałam na scenie razem z paniami Broniszówną, Ajchlerówną, grałam u pana Świderskiego, do Teatru Polskiego angażował mnie pan Arnold Szyfman. To byli znakomici aktorzy, pedagodzy i smutne jest to, że gdy mówię o nich swoim młodszym kolegom, nawet tym nie za dużo młodszym, oni często otwierają oczy ze zdziwieniem i odpowiadają, że nie znają, że te nazwiska nic im nie mówią.

 

R.W.: - Jak to było obracać się wśród takich znakomitości?

 K.Ł.: - - Wszystko było inne. Kiedyś, gdy młody człowiek wkraczał w świat teatru to kilkadziesiąt razy się przedstawiał, zawsze z dzień dobry, zawsze z formułą pan/ pani. A teraz niejednokrotnie spotykam się z kimś, kogo nie znam np. przed mikrofonem w radiu, to nie ma żadnego dzień dobry, żadnego przedstawienia się, tylko klepnięcie po ramieniu i rzucone „cześć”. .. Cóż, ja powtarzam, że jestem stara, że mam przyzwyczajenia, że się czepiam, ale jednak czegoś brakuje. Pewna kultura, która związana była z życiem ludzi teatru , powinna być kultywowana – w tej czy innej formie. Na nas, na ludziach teatru spoczywa choćby obowiązek kultywowania pięknego języka polskiego.

 

R.W.: - Rzeczywiście język jest dla Pani ważny. Nie jest on kultywowany?

K.Ł.: - Zdecydowanie nie jest tak, jak być powinno. Jeżeli młodzież, jak to zwykle młodzież, ma swój slang, to jeszcze nie jest najgorzej. Ale jeżeli moi koledzy, niekiedy niewiele młodsi, przejmują ten sposób mówienia i nagle od jednego czy drugiego słyszę, że „bierze coś na klatę” to jednak mnie to drażni. Kiedyś też, wcale nie tak dawno, mówiło się, że są słowa nieparlamentarne. A teraz – wszystko już słyszeliśmy w naszym parlamencie, niekiedy przede wszystkim w parlamencie.

 

R.W.: - Brakuje Pani tamtych czasów?

K.Ł.: - Wracam do nich z sentymentem. Może dlatego, że brakuje młodości. Myślę, że każdy z nas zawsze tęskni za młodością, nawet tą biedną, z jedną parą butów, z nieco pustym żołądkiem, niewyspaną. Ale to była młodość, to był zachwyt, to była możliwość niezauważania niedogodności. Obecnie mamy jakąś demokrację, jakąś wolność, mamy możliwość zarabiania pieniędzy, podróżowania. Ale jednocześnie jest sporo ludzi wykluczonych, na marginesie, zapomnianych. I niestety, wielu spośród nich to osoby starsze, o których nikt już nie pamięta, nie interesuje się ich losem. Mi się udało, ale  dla wielu osób ta starość jest okropna, mnóstwo w ich życiu tragedii, strachu, barier.

 

 

 

Galeria zdjęć

  • Na zdjęciu od lewej: Robert Więckowski, Katarzyna Łaniewska, Tomasz Smakowski

    Na zdjęciu od lewej: Robert Więckowski, Katarzyna Łaniewska, Tomasz Smakowski