Fundacja Kultury Bez Barier - Aktualności - Radość tworzenia audiodeskrypcji

Szybkie linki

Kultura bez barier


Wyszukaj

Wyszukiwarka

Ustawienia

Czcionka:

Facebook

Sonda

Czy Twoim zdaniem kultura w Polsce jest dostępna?

Wybierz odpowiedź
63%
34%
2%

Jesteś tutaj:Strona główna / Aktualności / Radość tworzenia audiodeskrypcji

Radość tworzenia audiodeskrypcji

Teatr według twórców
Audiodeskryptorzy o swojej pracy w teatrze


Przemysław Zdrok


Udział w projekcie Teatr „Poza Ciszą i Ciemnością” to spełnienie moich marzeń. Marzeń o uczestnictwie w magii teatru, robieniu rzeczy ważnych i potrzebnych oraz stałym rozwijaniu swoich umiejętności. A przy tym odkrycie obszaru zupełnie nowych zagadnień związanych ze sztuką sceniczną.

 

Ojciec polskiej nauki o teatrze Zbigniew Raszewski zauważył, że teatrolodzy badają dzieła, których nie ma. Spektakl teatralny jest bowiem ulotny. Za każdym razem powstaje od nowa i zaraz znika. Następnego wieczoru rodzi się już inne przedstawienie. Nie ma ono swojej jednej, zamkniętej postaci. Dlatego też trudno jest ująć daną sceniczną interpretację dramatu w ścisłe ramy nauki, bo nigdy nie wiadomo, na którym spektaklu należy się oprzeć.

 

Ten sam problem powstaje przy tworzeniu audiodeskrypcji. Opisujemy przedstawienie, które w gruncie rzeczy jeszcze nie istnieje. Dysponujemy co prawda nagraniem, ale często zawiera ono spektakl sprzed lat, nierzadko w innej obsadzie. Możemy podczas pisania obejrzeć sztukę na żywo, i to nawet kilka razy, ale wciąż nie uzyskamy żadnej gwarancji, że przedstawienie będzie wyglądało tak samo tego wieczoru, gdy na widowni zasiądą niewidomi. Ba, czasem mamy wręcz pewność, że niektóre sceny zostaną odegrane inaczej, bo zawierają elementy improwizacji. Nawet jeśli zmieniają się tylko pozornie nieistotne szczegóły, jak tempo wypowiadania niektórych kwestii, to może to znacznie utrudnić odbiór przygotowanej audiodeskrypcji.

 

Ale z tych trudności wynikają najciekawsze wyzwania. Tworzenie audiodeskrypcji wymaga bardzo dokładnego poznania reżyserskiej wizji, przeanalizowania struktury spektaklu i wniknięcia głęboko w sceniczny świat po to, żeby móc jak najlepiej przewidzieć jego dalsze życie. To zadanie, z którym nie spotykałem się wcześniej jako „zwykły” teatralny widz.

 

Mam wrażenie, że dzięki pisaniu audiodeskrypcji uczę się pełniej i uważniej oglądać spektakl. Właśnie oglądać – bo to zmysł wzroku muszę szczególnie wyostrzyć. Kolejny etap – przekład obrazu na słowo – rodzi dalsze wyzwania, ponieważ w warstwie wizualnej teatr często posługuje się metaforą, skrótem, symbolem.

 

Rola pośrednika między twórcą a odbiorcą to ogromne wyróżnienie, ale i wielka odpowiedzialność wobec jednej i drugiej strony. Nie wolno mi wypaczyć przesłania spektaklu, lecz muszę dokonać selekcji i wybrać te elementy, które będą najważniejsze i najciekawsze dla widza, a następnie przekazać je w zrozumiały sposób.

 

Na opis niektórych bardzo złożonych rozwiązań udaje się czasami znaleźć tylko kilkanaście lub wręcz kilka sekund, co wymaga ogromnie precyzyjnego doboru słów. A słowa te muszą uruchamiać wyobraźnię widzów o szczególnej wrażliwości na mowę.

 

Osoby niewidome mają wyjątkową umiejętność słuchania, znacznie bardziej niż widzący zwracają uwagę na poszczególne wyrazy, konstrukcję zdań i zastosowane środki językowe. Zwiększa to wymagania, które trzeba sobie postawić przy pisaniu audiodeskrypcji. Jeśli jednak słyszy się pochwałę z ust tak uważnych odbiorców, pojawia się wielka satysfakcja.

 

Właśnie poczucie, że nasza działalność spotyka się z pozytywnym odzewem, że pozwala większej liczbie osób przeżyć coś niezwykłego, jest dla mnie najcenniejsze. Wierzę w teatr. Wierzę, że wciąż mówi rzeczy ważne i dostarcza niezapomnianych wrażeń. I wierzę, że kontakt z nim zawsze wzbogaca.



Agnieszka Walczak


Czym jest dla mnie audiodeskrypcja? To, wbrew pozorom, pytanie niełatwe. Gdy myślę o audiodeskrypcji, do głowy przychodzi mi pewien skrót, doskonale zapewne znany wszystkim z osiedlowych murów czy ścian budynków, skrót wypisywany na dowód wielkiej, nieskończonej miłości żywionej do kolegi czy koleżanki z klasy – WNM. Dlaczego akurat ten skrót? Bo z audiodeskrypcją jest po trosze jak z tą młodzieńczą miłością – gdy raz podbije nasze serce, trudno ją potem z niego wyrzucić.

 

W przypadku audiodeskrypcji litera „W” oznacza wyzwanie. Cel jest jeden - stworzyć taki opis, którego publiczność będzie chciała słuchać. Pozostaje tylko pytanie – jak? Odpowiedź na nie musi znaćnie kto inny, jak…audiodeskryptor. On wie, że tekst powinien być zwięzły i zrozumiały, a przy tym sugestywny i atrakcyjny, że ścieżki dźwiękowejzagłuszaćnie można, że w odbiorze dzieła przeszkadzaćnie należy. Jak tu jednak milczeć, gdy obraz aż prosi się o opis? Przy podejmowaniu tych, często niezwykle trudnych, decyzji nieoceniona jest na pewno spostrzegawczość, ale i dobry warsztat językowy, bo tutaj każdy, nawet najdrobniejszy szczegół ma znaczenie. Nagrodą za tę ciężką, nierzadko wielogodzinną pracę jest niewątpliwie uśmiech – uśmiech odbiorców audiodeskrypcji. Lepszej nagrody wymarzyć sobie nie można.

 

„N”to nieprzewidywalność, bo końcowego efektu pracy audiodeskryptora tak naprawdę przewidzieć nie sposób. Można by powiedzieć, że z tekstem audiodeskrypcji jest jak z tekstem tłumaczenia – choćbydwóch różnych audiodeskryptorów tworzyło audiodeskrypcję do tego samego dzieła, ich teksty i tak nie byłyby identyczne. Mimo iż są określone zasady, którymi warto kierować się przy opracowywaniu skryptów, chwilami nie tylko wypada, ale wręcz należy je złamać i wyjść poza ustalony schemat. Nie zapominajmy również o kapitale kulturowymaudiodeskryptora. Choć tworzony przez niego opis powinien być, zgodnie z dobrą praktyką, obiektywny, prawda jest taka, że własnego filtru kulturowego wyłączyć się nie da. A skoro nasz filtr nieustannie filtruje, to i skrypt bywa…„przefiltrowany”.

 

I w końcu „M”. „M” to magia, bo praca audiodeskryptora przypomina nieco pracę magika. Niczym magik, audiodeskryptor musi wyczarować dla swojej publiczności nowy świat. Świat namalowany słowami. Świat, który pobudzi wyobraźnię i pozwoli rozkoszować się doświadczaniem filmu, sztuki czy innego dzieła. Nie jest to zadanie łatwe. Jednak trening czyni mistrza. A mistrz zawsze skrywa w rękawie swoją tajną broń,swojego asa, który sprawia, że w wyobraźni dzieją się rzeczy niewyobrażalne, niezwykłe, po prostu… magiczne.

 

I jak tu nie kochać audiodeskrypcji?



Ola Rogalska


Praca nad AD jest długim, niezwykle twórczym procesem. Już na samym początku fascynuje mnie czytanie scenopisu… można powiedzieć, że nawiązuję dialog z autorem sztuki konfrontując się z jego specyficznym językiem, melodią tekstu. Kolejnym ważnym etapem pracy jest opisywanie przestrzeni teatralnej podczas oglądania spektaklu. Mam tu na myśli zarówno scenografię jak i grę aktora. Wszelkie zmiany kostiumu, scenerii mówią bardzo dużo o wnętrzu postaci i świecie jaki ich otacza. Niestety niemożliwe jest zapisanie wszystkiego co się dzieje na scenie dlatego rolą autora AD jest wybranie najważniejszych elementów. Mają one przede wszystkim służyć zrozumieniu przez osobę niewidomą motywów postępowania bohaterów. Ponieważ teatr jest sztuką pulsującą życiem największym wyzwaniem jest według mnie opis gry aktora. Zwłaszcza w dzisiejszych nurtach metody gry aktorskiej gdzie coraz częściej można spotkać się z improwizacją aktorów na scenie…nie można przewidzieć gestów, kolejnych ruchów. Bardzo ważną rolę odgrywa wówczas lektor. Czytając na żywo reaguje na wszelkie zmiany wykorzystując swoje doświadczenie i wyobraźnię. Myślę, że dla twórcy AD najlepszą nagrodą jest poruszone serce odbiorców i pogłębiona refleksja po obejrzeniu spektaklu… zakładając oczywiście, że sam spektakl się spodoba.

 

Irena Michalewicz


Tworzenie AD na potrzeby teatru wydaje mi się o wiele bardziej żmudnym zajęciem niż np. pisanie AD filmowej. Często zamiast malowniczych opisów stepu czy efektów specjalnych trzeba skupić się na oddaniu gestów i mimiki, które niezwykle trudno dobrze opisać. Poza tym, ze względu na to, że każde wystawienie tej samej sztuki jest inne, zmienia się np. długość przerw między dialogami. Staram się więc pisać jak najbardziej oszczędnie, a przy tym barwnie. Nie jest to łatwe – Mark Twain powiedział kiedyś: „Nie miałem czasu na napisanie krótkiego listu, więc napisałem długi”. M.in. dlatego dużo więcej czasu poświęcam na korektę AD teatralnej niż filmowej.

 

Odnoszę wrażenie, że AD teatralna jest przede wszystkim czymś, co poprzez zwięzłe, trafne opisy pozwala dialogom wybrzmieć z pełną siłą, osadzić je w sieci skojarzeń, emocji. AD umożliwia także aktorom nawiązać więź z odbiorcami, zwraca uwagę na cechy szczególne aktora oraz odtwarzanej przez niego postaci, pokazuje interakcje między bohaterami.

 

Najważniejsza jednak jest według mnie wrażliwość na nastrój danej sceny. Każda sztuka wydaje mi się inną układanką, raz trafia się maska roześmiana, raz wykrzywiona, raz przerysowana i barwna, a raz surowa i ascetyczna. Uważam, że deskryptor powinien dostrzec, czy reżyser akurat puszcza do widowni oko, bawi się konwencjami i pokazuje teatr „od kuchni”, czy też jesteśmy świadkami realistycznej, pełnej napięcia sceny, która pozwala zapomnieć o scenografii i rekwizytach, o całej sztuczności teatru. Deskryptor powinien więc stale wychwytywać zmiany napięcia i oceniać, na ile w danej chwili zanurzamy się w opowiadanej historii. Tyle, jeśli chodzi o teorię. Podczas premiery „Plotki” najważniejszy był dla mnie kontakt z odbiorcami, ich wrażenia i uwagi. Zostałam bardzo życzliwie przyjęta i nie mogę się doczekać, aż jednego wieczoru znowu coś wspólnymi siłami stworzymy – aktorzy, reżyser, lektor, deskryptor i – przede wszystkim – widzowie.

 

Izabela Künstler

 

Czym różni się audiodeskrypcja teatralna od innych? Tym samym, czym różni się teatr od innych dziedzin sztuki. Dzieje się raz i w tej samej postaci nigdy się nie powtórzy.

 

Teatr to bardzo szeroko rozumiana konwencja. Umowa. W jednym miejscu, o ustalonej godzinie spotykają się z jednej strony kurtyny aktorzy, z drugiej– widzowie.

 

Kurtyna jest umowna – może jej nie być. Scenografia jest umowna – zamiast drzewa może stanąć tabliczka z napisem „drzewo”, scena – jest umowna – aktorzy mogą usiąść obok widzów, jeśli tak postanowi reżyser, reżyser – też może być umowny, teatr przez setki, a nawet tysiące lat obywał się bez reżyserów, nawet budynek teatru do pewnego stopnia może być umowny, choć w naszym klimacie o to najtrudniej. Nie są umowni aktorzy i najważniejsi w teatrze – widzowie. Bez widzów nie ma teatru. Widzowie i aktorzy spotykają się i świętują, bo każde przedstawienie – jak świat światem, a teatr teatrem - jest misterium.

 

Dla części widzów to misterium nie spełniłoby się bez audiodeskrypcji, nie poznaliby umowności kurtyny, scenografii i sceny, nie dowiedzieliby się, jak wyglądają aktorzy. W ten sposób i my – audiodeskryptorzy - stajemy się częścią teatru, bo audiodeskrypcja – nie może być umowna. Słowami buduje obraz i porusza emocje.

I nawet jeśli czasem nie jest doskonała, bo prawdziwi, żywi, nieumowni, niewirtualni, niezarejestrowani na taśmie filmowej aktorzy zachowają się nietypowo – to będzie niezwykła i niepowtarzalna.

 

Iza Natasza Czapska

 

Dzięki intensywnej, długoletniej kampanii społecznej weszło do powszechnego użycia hasło „walka z trzema schodami”. Hasło proste, obrazowe, nośne.

I, niestety, rozumiane zwykle zbyt dosłownie. Przekonałam się o tym, pytając w niektórych teatrach o możliwość obejrzenia spektaklu przez osobę niepełnosprawną.

- Nie ma problemu! Jest podjazd, winda, ...

- Pięknie. A co dla niewidomych?

- Dla nie-wi-do-mych? W te-at-rze?!

 

Nauczyliśmy się patrzeć pod nogi i tak już nam zostało. Fakt, że od kultury odcięta jest cała masa ludzi – niewidzących i głuchych – uznajemy zwykle za oczywiste. To chyba normalne, że głuchy nie chodzi na koncerty. To chyba jasne, że niewidomy nie obejrzy spektaklu. Los tak chciał.

Na problem z dostępnością kultury dla osób niepełnosprawnych sensorycznie uwrażliwił mnie projekt „Usłyszeć teatr”, który w 2007 r. prowadził Teatr Konsekwentny. Po raz pierwszy zobaczyłam wówczas spektakl z asystą tłumacza języka migowego, podobnie jak pozostali widzowie - głusi, którzy nigdy wcześniej nie byli w teatrze. Do dziś pamiętam słowa Magdy Bielak, którą wówczas poznałam, osoby głuchej, tłumaczki na tym przedstawieniu: „Jeśli bym mogła wybierać, chciałabym, żeby moje dziecko też było głuche. Zresztą może być i słyszące, byleby było zdrowe i szczęśliwe.”

 

Od 2011 r. koordynuję w Biurze Kultury m. st. Warszawy program „Kultura Bez Barier” realizowany z Fundacją Dzieciom „Zdążyć z Pomocą”. Zmieniamy postrzeganie niepełnosprawnego widza – nie jako kłopotu a... klienta. Uzmysławiał to uczestnikom spotkania inaugurującego projekt (urzędnikom, dyrektorom teatrów i muzeów) Grzegorz Kozłowski, przewodniczący Towarzystwa Pomocy Głuchoniewidomym, mówiąc, mniej więcej: „Nie chcemy łaski, płacimy za bilety. Jesteśmy bardzo liczną grupą odbiorców, której państwo do tej pory nie pozyskaliście. Umożliwienie nam korzystania z kultury oznacza dla państwa wymierny zysk.” Bardzo mi się spodobało takie postawienie sprawy. Jest w nim godność i trzeźwe myślenie.

 

Za namową Ani Żórawskiej z Fundacji Kultury Bez Barier stawiam pierwsze kroki jako audiodeskryptor i wszystko wskazuje na to, że będzie to moja nowa pasja. Okazało się, że jako teatrolog i dziennikarz z wykształcenia, mogę wykorzystać swoją wiedzę i umiejętności w szczególny sposób – stając się oczami drugiego człowieka. I swoje otwierając dużo szerzej. Przygotowując opis przedstawienia, oglądam spektakl kilka razy w teatrze i kilkanaście razy na płycie DVD. Jedno z najważniejszych – moim zdaniem - przedstawień ostatnich lat, „Przygodę” wg Sandora Maraia z Teatru Polonia, z wybitną rolą Jana Englerta, znam na pamięć – każdy element scenografii, gesty między aktorami, pauzy, znaczące w tym spektaklu równie wiele jak słowa. To był mój debiut audiodeskryptorki, nad którym wisiały straszne słowa Ani Żórawskiej: „Pisząc audiodeskrypcję "Przygody" postaraj się utrzymać w stylu Maraia.”

 

Nikt mi w życiu nie ustawił wyżej poprzeczki.

 

Szanuję akademickie dyskusje o tym, co wolno a czego nie audiodeskryptorowi. Z otwartymi ustami śledziłam podczas jednej z konferencji spór wokół tego, czy o postaci w spektaklu można napisać „wygląda, jakby się nagle postarzał”, czy też nie. Najwięcej uczę się jednak od widzów. Jestem ich oczami – musimy sobie ufać.

 

Urszula Butkiewicz

 

Zmienność i niepowtarzalność, cechujące występy na żywo, współtworzą teatralną magię. Widzowie kochają za to teatr. Jednak widzowie, którzy zostają autorami audiodeskrypcji nie zawsze podzielają to uczucie…

 

Bywa bowiem, że autor w poczuciu starannie wykonanego zadania przychodzi do teatru na próbę audiodeskrypcji i przekonuje się, że - wbrew jego opisowi: ożywiony przez ducha płaszcz wcale się nie szamoce i nie miota ręką Agaty (w przedstawieniu „Arszenik” warszawskiego Teatru „Baj”), ojciec wcale nie odpędza Grzesia, pukając się w czoło (w „Szlachcie pińskiej” w warszawskim Teatrze „Rampa”), a przyłożony do piersi zakochanego Henryka kapelusz nie drga rytmicznie jak serce, co gorsza – w ogóle nie jest przyłożony do piersi (w „Grubych rybach” w warszawskim Teatrze „Polonia”). Serce autora audiodeskrypcji natomiast w takich momentach zawsze drga - tym mocniej, im więcej sprzeczności opisu ze sceniczną rzeczywistością.

 

Najwięcej takich zgryzot przysparzają spektakle, w których przewidziane są improwizacje, a także – przedstawienia zakładające interakcje z widzami. Ale i z przedstawieniami przebiegającymi ściśle według reżyserskiego planu zdarzają się kłopoty - mianowicie: plan może się zmienić, np. przy wznowieniu spektaklu, a pisząc audiodeskrypcję nie zawsze dysponujemy najświeższym nagraniem. Nawet jeśli obejrzymy na żywo nową wersję przedstawienia – drobne różnice mogą umknąć.

 

Także w spektaklach, które nie sprawiają większych niespodzianek, autor audiodeskrypcji do końca martwi się o efekt swojej pracy. W każdym przedstawieniu bowiem tempo wypowiadania kwestii jest nieco inne – choćby w zależności od kondycji aktorów w danym dniu. W związku z tym - nigdy nie wiadomo, czy przygotowany opis zmieści się między kwestiami albo – wręcz przeciwnie: czy nie okaże się zbyt skąpy.

 

Z drugiej strony autor, ku swojej uldze, nie musi naczytywać tekstu aż tak precyzyjnie jak w filmowej audiodeskrypcji, w której czasem trzeba każde słowo kłaść na szali i szukać synonimów krótszych choć o sylabę.

To oczywiście nie jedyny i nie najważniejszy pozytywny aspekt pracy nad audiodeskrypcją teatralną, która zawsze przynosi mnóstwo satysfakcji, a często i radości.

 

Do swoich najciekawszych, a zarazem najwdzięczniejszych zadań zaliczam opisy spektakli dla dzieci. Pisząc dla czterolatków (jak w przypadku „Tymoteusza wśród ptaków” w Teatrze „Baj”) , z rozmysłem nie stosowałam niektórych audiodeskrypcyjnych zaleceń i wskazówek. Starałam się być nie tyle audiodeskryptorką, co narratorką - tłumaczącą akcję, emocje i intencje bohaterów. Nie tylko opisywałam, ale - i to przede wszystkim: opowiadałam, podpowiadałam i wyjaśniałam.

Galeria zdjęć

  • Na zdjęciu - na widowni para z psami przewodnikami

    Na zdjęciu - na widowni para z psami przewodnikami

  • Na zdjęciu - na widowni para z psami przewodnikami

    Na zdjęciu - na widowni para z psami przewodnikami

Powrót do: Aktualności