STUDIO ROCK’AD’ROLL 15 – Podcasty o muzyce bez barier – Sound 'n’ Grace
Transkrypcja rozmowy:
ANIA: Cześć, tu Ania…
KAMIL: …i Kamil z Sound’n’Grace.
ROBERT: Dwudzieste urodziny w tym roku wam przypadły. Bardzo się cieszymy, że świętujecie razem z nami, że nas dopuściliście do tej celebracji. Po 20 latach chce wam się jeszcze wychodzić na scenę?
ANIA: Bardzo nam się chce i właściwie nasze spotkanie dzisiaj dodatkowo wieje nam taką przyjemną bryzą w skrzydła, bo dzisiejszy koncert jest dla nas wyjątkowy. Jeszcze czegoś takiego nie przeżyliśmy i naprawdę serduszka nam puchną z wdzięczności.
KAMIL: Ja myślę – dopowiem do tego, co Ania powiedziała – że nawet chce nam się coraz bardziej wychodzić na scenę i powiem dlaczego. Dlatego że jak zaczynaliśmy taką karierę mainstreamową, bo to się tak modnie mówi, Sound‘n’Grace, to pamiętam, że było bardzo dużo w nas takiej niepewności i obaw. I oczywiście była też ta ekscytacja i radość, ale ona była podszyta lekką nutą, czy nam się to należy, czy to jest nasze miejsce, czy my naprawdę mamy prawo tu być. A myślę, że w tym momencie, po 20 latach, jak już jesteśmy, to czujemy taką zasadność bycia w przestrzeni muzycznej, w przestrzeni muzyki polskiej, też tej mainstreamowej. I dzięki temu już inaczej doświadczamy i sceny, i koncertów, i publiczności. I jest w tym więcej takiego spokoju, takiej pewności, że to, co robimy ma swoich odbiorców, że ludziom się to podoba często. Dzięki temu się bardziej chce.
ROBERT: Ja wiem, że już o tym mówiliście, ale 20 lat, rocznica zmusza do takich pytań. Założyliście Sound’n’Grace, bo?
ANIA: Bo to był nasz pomysł na spędzanie czasu po szkole. Serio. Są osoby, które po szkole chodziły z deskorolką albo na boisko grać w kosza albo w piłkę nożną, a my jeździliśmy na warsztaty gospelowe. No i te warsztaty gospelowe to było takie wydarzenie raz na jakiś czas. Raz w roku było w Krakowie, w innym terminie raz w roku było w Gdańsku, w innym terminie raz w roku było w Lublinie. I po każdych takich warsztatach my wracaliśmy i mieliśmy syndrom pokolonijny, że dlaczego tak krótko, że chcemy tego więcej i chcemy coś takiego mieć na stałe. Po warsztatach w Warszawie okazało się – my się z Kamilem nie znaliśmy, ale mieliśmy wspólną koleżankę, która od jednego i od drugiego się nasłuchała, jak to fajnie by było mieć taki zespół w Warszawie i po prostu nas skontaktowała ze sobą, naprowadziła Kamila na mnie na tych warsztatach. I Kamil do mnie odważnym krokiem młodzieńczym podchodzi i mówi: „Cześć, ty jesteś Ania. Słyszałem, że chcesz założyć zespół”. My się urwaliśmy z tych warsztatów i siedzieliśmy z discmanem, słuchaliśmy muzyki i stwierdziliśmy, że słuchamy podobnej muzyki. A potem padło takie dość kluczowe pytanie: „A co ty byś właściwie mogła robić w tym zespole?”. I ja powiedziałam: „No nie wiem, chyba dyrygować”. A Kamil: „O, ja też”. I tak oto powstał nasz duet.
ROBERT: Wierzyliście od samego początku, że się uda?
KAMIL: My nie myśleliśmy o tym, czy to ma się udać, bo nie było jakichś takich, wiesz, bardzo dalekosiężnych planów co do tego, jak to ma wyglądać. Dla nas sam fakt, że raz w tygodniu czy dwa razy w tygodniu mogliśmy się spotkać na próbę, że mieliśmy kolegów, którzy przyjeżdżali z klawiszami, z instrumentami i grali nam muzykę na żywo, że możemy tego doświadczać jako osiemnastolatkowie, którzy sobie nagle zaczęli sami ogarniać przestrzeń muzyczną, tę, którą podziwialiśmy na koncertach w telewizji, czy na jakichś koncertach, na które chodziliśmy – jakoś to się w nas odezwało.
Myślę, że muzyka jest też taką przestrzenią, że jednak człowiek dzięki występowaniu czuje się widziany. Ja sobie to pół życia później analizowałem, a propos tego, jak pytasz, co nas sprowokowało do tego, żeby to robić. Myślę, że w każdym z nas gdzieś było to pragnienie jakieś, żeby być też widzianym, ale ponieważ nie chcieliśmy być widziani za nic, więc stwierdziliśmy gdzieś tak podprogowo, że przestrzeń sceny, występów, muzyki daje tę możliwość, że można się podzielić czymś od siebie i dzięki temu zostać docenionym, zostać zauważonym. To jest taka wymiana energii, o której myślę tutaj. I myślę, że tak, że gdzieś w nas po prostu była chęć tego, żeby nie przeżyć tego życia przezroczyście, tylko żeby być w jakiś sposób zauważonym i docenionym za to, czym się chcemy podzielić z innymi osobami.
ROBERT: Kto więcej dyrygował w końcu?
KAMIL: Nie, my po równo wszystko dyrygowaliśmy. To też po 20 latach jest bardzo śmieszne. Ja myślę, że mogę uczciwie powiedzieć, że mamy za sobą taki etap współpracy, kiedy nawet podprogowo gdzieś, nie to, że z premedytacją, ale włączała nam się taka trochę rywalizacja między nami w różnych aspektach. Często zdrowa, czasami troszkę niezdrowa, jak to w funkcjonowaniu, jakieś ambicje. Bo przez to, że nas jest dwójka, no to też każdy chciał być jak najlepszy dla siebie, żeby być najlepszym dla innych.
Ale myślę, że już to mamy za sobą. Co nam pozwoliło to mieć za sobą? To, że my w pewnym momencie chyba zauważyliśmy – to nie jest proste, co powiem, ale zauważyliśmy swoje mocne i swoje słabe strony i przestaliśmy się ich bać. I nagle zauważyliśmy, że my się totalnie w tym uzupełniamy. W sensie, że tam, gdzie nie chcieliśmy się przed sobą przyznać, że coś nam nie do końca wychodzi, ale że my tego nie do końca umiemy i wręcz próbowaliśmy to przed sobą ukrywać, jak nagle my się do tego przed sobą samym i nawzajem przyznaliśmy, to jakby ktoś nam zdjął ciężkie plecaki z pleców. I myślę, że dzisiaj po prostu to wygląda tak, że są przestrzenie, w których totalnie ja wiem, że Ania się lepiej czuje i zrobi to szybciej, sprawniej i z lepszym efektem i na odwrót, że są sytuacje, w których ja wiem, że z automatu po prostu się w czymś sprawdzę i to zrobię. I wtedy Ania na przykład patrzy w moją stronę i już wiem, że to jest ten moment.
Ale co ważne, że my też nie osiedliśmy na laurach, jak to się mówi, i też się nawzajem uczymy od siebie tego. Tylko to już nie jest w napięciu, tylko w takiej obserwacji i supporcie. I to jest sukcesem tej współpracy i tego, że nie ma znaczenia już, kto więcej czy mniej dyryguje, bo po prostu my to robimy na wspólny efekt. I w momentach – tak się rozgadałem, ale te 20 lat nam pokazało, że nawet jak są momenty, nie wiem, jakiejś niesprawiedliwości, że jest etap, w którym faktycznie Ania intensywniej pracuje, to później jest coś takiego, że przychodzi jakiś kolejny etap, w którym mój udział czy jakieś działanie w zespole jest totalnie potrzebne i też dużo bardziej intensywne. I nawet jak gdzieś może czujemy czasami niesprawiedliwość, to na przestrzeni 20 lat to się tak wyrównywało w różnych rzeczach i supportowaniu, że już nie analizujemy, kto gdzie więcej dyryguje, raczej po prostu działamy tak, żeby zespół był jak najatrakcyjniejszy dla publiczności.
ROBERT: Czujecie się nadal chórem gospelowym? W ogóle kiedykolwiek czuliście się tak stricte chórem gospelowym?
ANIA: To jest chyba nasza największa inspiracja. Od tego zaczęliśmy, na tej muzyce najwięcej się nauczyliśmy, tak myślę, że mogę śmiało powiedzieć. Muzyka gospel ma coś niesamowitego w sobie, bo to nie jest zwykła muzyka chóralna. To jest coś, co się przeżywa i właściwie to, że zaczęliśmy uczyć się muzyki gospel właśnie na warsztatach, to było niesamowite, ponieważ mieliśmy tam instruktorów ze Stanów Zjednoczonych, z Wielkiej Brytanii, czasem z Danii. I to są osoby, w których kulturze muzyka gospel jest – organicznie tam funkcjonuje. Jest dla nich naturalna i oni się z tym wychowują i żyją z tym przez całe życie.
I jak oni przyjeżdżają dla nas, tacy autentyczni, to nam się to też udziela bardziej w takim połączeniu organicznie. Że to nie jest na zasadzie: pojechałem na warsztaty, żeby ćwiczyć ozdobniki na skrzypcach, no to teraz pokażecie, jak się robi ozdobniki na skrzypcach. Nikt do tego nie podchodził technicznie, tylko właśnie na zasadzie takiego przeżycia bardzo duchowego, bardzo skrajne tam były emocje. To jak my przeżywaliśmy te warsztaty, ile razy płakało się na takich warsztatach, gdzie się osiągało takie swoiste katharsis, to było najbardziej urzekające. I że to wszystko, te wszystkie emocje, które się pojawiały, można było zakląć w dźwiękach i w tańcu, i we wspólnym występie – to było niesamowite. Więc to są chyba najważniejsze podwaliny dla naszego zespołu.
I cieszymy się w sumie, że z tego fundamentu mogliśmy pójść właśnie w stronę mainstreamu, to co Kamil powiedział. Bo my trochę zaproponowaliśmy w związku z tym inną muzykę do tego głównego nurtu muzycznego w Polsce i to się udało. A były osoby, które myślały, że absolutnie nie ma szans. „Was tyle jest i w ogóle jak to? Wszyscy razem będziecie śpiewać? Ale że naraz? No weźcie”. No i się okazało, że tak, że będziemy śpiewać wszyscy naraz, i będziemy wszyscy naraz jeździć i grać koncerty w całym kraju. I to jest cudowne, to jest cudowne, bo tego nikt nie mógł się domyśleć, że tak będzie. To po prostu nie było w niczyjej głowie, zanim się wydarzyło.
ROBERT: To ja jeszcze pytanie a propos tej tradycji gospel. A jako rozśpiewkę macie Cyndi Lauper?
ANIA: Tak, dlatego że od zawsze, od 20 lat, kochaliśmy eksperymenty muzyczne i inspirowani muzyką gospel, tamtymi harmoniami braliśmy na warsztat różne utwory. Pamiętam, że aranż do „True Colors” z repertuaru Cyndi Lauper powstał na którejś z domowych prób, gdzie spotykaliśmy się po kolei w różnych mieszkaniach, które tylko były gotowe nas przyjąć. I nasza koleżanka Asia wtedy siadła do instrumentu i zaczęła kminić: a może zróbmy to, a może coś tam. I powymyślaliśmy harmonie, które nie były takie do końca oczywiste. I to z nami zostało. Ja w ogóle ostatnio, wiesz, że znalazłam nagrania z tej próby? I to chyba u Gabriela albo u Zosi. W każdym razie są takie oldschoolowe nagrania zrobione kalkulatorem z tamtych czasów, gdzie właśnie ten aranż powstał i on jakoś tam w serduszku z nami gra. I już w tej chwili, tak jak wspomniałam ci przy scenie, trochę jest na pamięci mięśniowej. To już jest wbudowane w nasz organizm i tak nasze nerki też rezonują, więc w każdych warunkach ten utwór zostanie zaśpiewany.
ROBERT: To ja mam jeszcze jedno pytanie do was. Tak stricte muzyczne. Tak słuchaliśmy waszej rozśpiewki, potem waszych piosenek, tych, które będą za chwilkę na koncercie. I tak się zaczęliśmy zastanawiać. Muzyka to wam w ogóle jest potrzebna? Dalibyście radę a capella?
KAMIL: Ojej, to jest przeklęte pytanie, że tak powiem. Bo było mnóstwo takich pomysłów, że jak my gdzieś – to już teraz na szczęście się nie wydarza, ale były takie pomysły, że jeździliśmy na koncert i był wysyłany rider techniczny, czyli zapotrzebowanie na mikrofony, na odsłuchy. I często dostawaliśmy maile zwrotne: „Jak ich jest tak dużo, to oni naprawdę potrzebują tyle mikrofonów?”. Więc to jest dokładnie to pytanie z tej serii. Słuchaj, czasami nie potrzebujemy, czasami potrzebujemy. Muzyka jest taką przestrzenią otwartą, że korzystamy z niej w całości i instrumenty są wspaniałe, głosy ludzkie też są wspaniałe. Nam się udaje łączyć jedno i drugie, czyli to połączenie żywego bandu albo podkładów instrumentalnych z tą harmonią wielogłosowości. Ja jestem przeszczęśliwy, bo ja sobie to interpretuję na swój sposób.
Dla mnie życie i ludzie na świecie są wibracjami i częstotliwościami, które chodzą. Niektóre się ze sobą zestrajają, niektóre tworzą dysonanse, niektóre tworzą kakofonię, a niektóre tworzą cudowne, wspaniałe współbrzmienia. Moim zdaniem, w jakiejś tam dużej metaforze, świat jest zbudowany jak muzyka, a my możemy tego doświadczać niemalże tak samo w pracy i to jeszcze z grupą ludzi, co jest już dokładnym odniesieniem tego, jak funkcjonuje dzisiejszy świat. Czyli że jak się ze sobą odzywamy, to musimy się czasami do siebie zestroić. Z niektórymi osobami nam się współbrzmi łatwiej, z innymi trochę trudniej, co wymaga troszkę pracy jednej i drugiej osoby wtedy, żeby się zblendować, zmiksować barwą głosu. Więc ja to sobie odnoszę jako metaforę po prostu do życia i do relacji ludzkich, do tego, że nie zawsze każdy instrument z każdym musi współgrać, że czasami gdzie indziej inny rodzaj instrumentu będzie brzmiał lepiej i nie ma co go na siłę wciskać do orkiestry. I to jest piękne i ja tak sobie interpretuję życie i ludzi, i relacje z ludźmi. A mogę to robić i udało mi się dojść do tego, dlatego że po prostu doświadczam tego w pracy, w tym, co tworzymy.
ROBERT: To teraz a propos naszego koncertu. Ania, powiedziałaś o tym, że serca wam biją mocniej. Jesteście po pierwszej próbie, jak rozumiem, z tłumaczami języka migowego. I jak było?
ANIA: Fantastycznie. Ja w którymś momencie, śpiewając swoją zwrotkę, spojrzałam akurat na Alę, potem chyba jeszcze Kuba tłumaczył. To jest niesłychane w ogóle doznanie, bo ja widzę – nie znam języka migowego, bardzo żałuję, może kiedyś będzie mi dane jeszcze się nauczyć, ale są takie niektóre gesty, które faktycznie wiem, że to musi być ten wyraz, który przed chwilą zaśpiewałam albo który właśnie śpiewam. I że to jest jakieś połączenie takie trochę jak międzypanetarne. To jest jednocześnie nadawanie w tylu sygnałach, czyli okazuje się, że różnymi sposobami można podać ten sam komunikat.
Ale jak energetycznie dzisiaj to było zrobione i jak będzie na koncercie, to już się nie mogę doczekać. Bo tłumacze wszyscy, których dzisiaj widziałam, są po prostu tak zaangażowani, że chyba mi zaczął trochę schodzić ten stres, który miałam, jak tutaj przyjechałam rano. Bo ja byłam zestresowana, czy ja czegoś nie zrobię tak, żeby nie przeszkadzać w pracy, a z drugiej strony fajnie, trzeba sobie popatrzeć. A czy jak spojrzę na tłumacza, to czy sama nie przestanę śpiewać, bo zacznę obserwować? No trochę miałam taki mętlik w głowie, co chyba słychać po tempie mojego mówienia teraz. Ale nie, chyba jestem gotowa na to, żeby już wskoczyć w ubrania sceniczne, wyjść, zobaczyć tę publiczność, popatrzeć na naszych tłumaczy, przeżyć to, posłuchać tego może trochę inaczej. I w sumie super, bo naprawdę jest to taki świeży podmuch w naszym repertuarze, bo to teraz robi się trochę już inny repertuar, bo to jest nasz wspólny repertuar.
ROBERT: Uczyliście się już jednego refrenu – a to chyba w ogóle, Kamil, ty to wszystko zainspirowałeś. Przynajmniej tak jak obserwowaliśmy waszą próbę. Bo ty podszedłeś do tłumaczy?
KAMIL: Nie pamiętam, czy tak było, ale ja generalnie kiedyś miałem styczność z koleżanką, która była głucha i kilka znaków mi pokazywała. Więc pamiętam, że jest kilka takich podstawowych znaków, które są dosyć proste i można się ich szybko nauczyć, ale to chyba Kuba tutaj trochę nas zainspirował, żeby się nauczyć. Nie, to ty w sumie, Ania, wymyśliłaś, żeby do „Bawimy się do końca”…
ANIA: Pokazałam ci tylko, żebyś spojrzał teraz na Kubę, jak pokazuje „bawimy się do końca”, czy damy radę się nauczyć.
KAMIL: Tak, no to wiemy wszystko. Piękna sprawa dzisiaj, pokazujemy, że muzyka nie ma granic i to jest chyba najfajniejsze.
ANIA: A poza tym źle, że to powiedzieliśmy, wiesz? Bo miało być tak, że na koncercie powiemy spontanicznie, że się wszyscy nauczymy i że my jesteśmy takimi dobrymi uczniami, że nam od razu wyjdzie.
KAMIL: Okej, tak to zostawmy, tak to zostawmy.
ROBERT: A pamiętacie to, czego się nauczyliście?
KAMIL: Bawimy się do końca… Pamiętamy.
ROBERT: Dobrze! Od razu to zaśpiewaliście, sprawdzaliście, czy pasuje rytmicznie. Prawie że harmonię, prawie że tonację łapaliście.
KAMIL: To się dzieje automatycznie, nie kontrolujemy tego.
ROBERT: Macie jakiekolwiek obawy w tym momencie przed tym koncertem?
KAMI: Wiesz co, z jednej strony nie mamy, bo w nas jest duże zrozumienie na to, że świat jest różny i każdy z nas jest inny, każdy z nas jest wyjątkowy. Ale jest taka myśl tylko, czy czasami – ja mówię za siebie teraz, ale myślę, że to będzie trochę twoja obawa, że ktoś z nas na przykład w jakimś zapomnieniu nie powie jakiegoś słowa z automatu czy jakiegoś hasła, które mogłoby dotknąć kogoś z publiczności z racji jakiejś niepełnosprawności, a to hasło na przykład mogłoby być takie dziwne i kontrowersyjne.
Więc jest taka obawa, ale ponieważ my wychodzimy na scenę z olbrzymiej miłości do muzyki, do naszych słuchaczy, nie ma w tym żadnej złośliwej intencji i nie ma w tym w ogóle negatywności – więc ja wierzę, że w tym wspólnym zrozumieniu i wyrozumiałości tutaj nikt się nawet na nic takiego nie obrazi. Więc ja mam duży spokój, że nawet jak mi się zdarzy powiedzieć coś takiego, to przecież wszyscy wiedzą, że to na pewno nie jest z premedytacją i złośliwie.
ROBERT: Na 100% wszystko będzie okej. Taki koncert wybacza błędy. Po prostu się bawimy. Jak będziecie dzisiaj ubrani? To dla tych, którzy was nie zobaczą.
ANIA: Dzisiaj ubraliśmy się na jasno, na biało-oliwkowo. Ale muszę ci powiedzieć Kamil, że moja córka Zosia powiedziała, że to niemożliwe, że to do siebie pasuje, więc dzisiaj sprawdzamy.
KAMIL: To sprawdzamy to dzisiaj.
ROBERT: No to posprawdzamy dzisiaj na koncercie i jeszcze parę innych rzeczy. Dziękuję wam bardzo. Trzymamy kciuki. Dziękujemy.
ANIA I KAMIL: Dzięki!